Przygoda z Bogiem wśród uchodźców

To wycinek rzeczywistości, której miałam zaszczyt być uczestnikiem i pomocnikiem przez kilka lat. Ośrodek Chrześcijański „The Oasis” („Oaza”) w Traiskirchen w Dolnej Austrii stał się poniekąd moim drugim domem. Ale na początek trochę historii. International Teams z USA zaczęła pracę we Wschodniej Europie w latach 70-tych, przemycając Biblie za żelazną kurtynę. Centrum tej działalności było w Austrii. Tutaj również zobaczono niezwykłe możliwości związane z obozem dla uchodźców położonym w miasteczku Traiskirchen, ok. 20 minut samochodem od Wiednia. W 1987 r. zakupiono bardzo duży budynek piętrowy należący przedtem do sklepu spożywczego w bliskiej odległości od obozu. Tak powstał wspaniały projekt misyjny, który trwa do dziś i przynosi cudowne owoce. Mimo tego, że ta organizacja misyjna jest założona przez Amerykanów, skupia misjonarzy z różnych krajów i różnych ewangelicznych denominacji. Usługiwałam tam również w gronie Australijczyków, Austriaków, Niemców i Brytyjczyków.
Jak wygląda to na co dzień? W obozie uchodźcy mieszkają w ciasnocie i ciągłych przepychankach kulturowych i etnicznych, wiele nieporozumień i konfliktów sprzyja stresowi i strachowi. Zdarzało się nawet, że konflikty kończyły się bójkami i śmiercią. Zwłaszcza jeśli w tym samym budynku zamieszkają ludzie ze zwaśnionych narodów lub mający inne przekonania religijne. Dodatkowo dochodzi stres psychiczny związany z przeżyciami z przeszłości – wielu z nich przyjeżdża z krajów dotkniętych wojną lub kryzysem innego rodzaju. W latach 80-tych przyjeżdżało do austriackiego obozu uchodźców dużo Polaków w poszukiwaniu azylu politycznego i innego lepszego życia. W ostatnich latach przyjeżdżały osoby z dawnych republik radzieckich, Iranu, Afganistanu, Armenii, Albanii, krajów afrykańskich, a teraz głównie z Syrii. W obozie czekają na przyznanie statusu uchodźcy – politycznego, ekonomicznego lub wojennego – i związany z tym azyl. To czekanie jest często bardzo długim procesem, a w międzyczasie nie mają pozwolenia na pracę i środki na utrzymanie są bardzo ograniczone. Wprawdzie mają dostęp do bezpłatnej opieki medycznej, ale boleją z powodu braku zajęć i normalnej codziennej pracy oraz niepewności związanej z procedurami w staraniu się o azyl.
I tu wkracza pomoc „Oazy”. Praktyczne, emocjonalne, duchowe wsparcie, nieocenione i nie do podrobienia przez inne ośrodki pomocy socjalnej, bo prowadzone przez samego Ducha Świętego, który pokrzepia, uzdrawia i wzmacnia słabych i potrzebujących. Jego moc i miłość są odczuwalne i widzialne również poprzez posługę Jego Dzieci – misjonarze spędzają mnóstwo czasu wśród uchodźców i na modlitwie. To jest właściwie praca nieustanna i trzeba czasem na siłę przestać i zdystansować się na odpoczynek. Uchodźcy są zapraszani na różnego rodzaju spotkania, które odbywają się regularnie. Jest tzw. „Clothing Room” czyli wydawanie odzieży dla kobiet, dzieci i mężczyzn (odzież pochodzi z darów) przez kilka godzin na każda grupę. Jest spotkanie dla kobiet przy herbacie, kawie i smakołykach, powiązane z modlitwą i rozmową na ważne dla nich tematy. Odbywa się też spotkanie pod nazwa „Coffee Bar”, na które przychodzą głównie mężczyźni. Prowadzony jest również Klub dla Dzieci i kursy języka niemieckiego i angielskiego.
Jednak najważniejsze spotkanie to głoszenie Słowa Bożego,wyjaśnianie Ewangelii, głównie przy pomocy filmu „Jezus” w różnych językach i wręczaniu Pisma Świętego chętnym osobom. Później prowadzenie studium biblijnego dla zainteresowanych, aby pogłębiali swoje nowe życie z Jezusem. To jest główny cel misji „Oaza”, bo przecież to tylko Jezus może tak naprawdę zmienić życie tych ludzi i napełnić ich nadzieją i siłą. Większość z nich słyszy Ewangelię po raz pierwszy w życiu – w swoim kraju nie mieliby takiej możliwości lub była by bardzo ograniczona. Ich serca są bardzo otwarte, bo znajdują się na rozdrożu, ale jednocześnie długo przypatrują się chrześcijanom i obserwują ich zachowanie – przecież po miłości poznaje się prawdziwych uczniów Chrystusa i uchodźcy tak bardzo potrzebują być kochani, zrozumiani i traktowani z godnością. Dziwią się, dlaczego jesteśmy tacy „dobrzy”, więc mówimy, że to Jezus nas zmienił i w nas działa. To jest najlepsze, co można powiedzieć – kochamy, bo Jezus pokochał nas, a my tą miłość przekazujemy. Dlatego nawet zatwardziały muzułmanin chce tego Jezusa poznać osobiście. Misjonarze dzielą się swoimi świadectwami, jak Bóg zmienił ich życie – nie udają perfekcyjnych, lepszych od innych „pomników świętości”, dlatego są wiarygodni i docierają do serc.
W środowisku tak międzynarodowym i międzykulturowym trzeba bacznie obserwować i być wrażliwym na drobiazgi, żeby jak najlepiej dotrzeć z ewangelią i pomocą do uchodźców. To jest bardzo trudne zadanie, ale Bóg daje dużo mądrości i przechodzi się również różne szkolenia odnośnie tego, jak poruszać się w danej kulturze i jak rozumieć ją właściwie. Nie można używać żargonu typowo chrześcijańskiego niezrozumiałego dla wielu, trzeba upraszczać przekaz jak najbardziej, czynić go zrozumiałym w kulturowym kontekście. A jednocześnie być sobą i bardzo mocno trwać przy Bogu, być kierowanym przez Ducha Świętego, żeby wiedzieć kiedy i komu pomóc, a komu odmówić, bo dzień ma ograniczoną ilość godzin…a wytrzymałość psychiczna i emocjonalna też może zostać przeciążona. Wsłuchując się w opowieści o ogromie ludzkiego cierpienia każdego uchodźcy z osobna, można płakać godzinami…a w ostateczności trzeba to oddać Bogu do „przerobienia” i nie trzymać takich brzemion na sobie.
W sumie najbardziej otwarci na ewangelię byli podczas mojej służby w „Oazie” Irańczycy. Są niezwykle szlachetnymi ludźmi o wielkich sercach, a islam, który został dawno temu im narzucony – nie jest bliski ich kulturze i odczuwaniu. Bardzo chętnie chłonęli Prawdę Ewangelii, czując, że właśnie tego szukali. Ich język – perski – jest pięknym językiem, trochę jak z bajek o orientalnych księżniczkach (zresztą patrząc na te piękne twarze kobiet irańskich miałam tym bardziej takie wrażenie), a Ewangelia w ich ustach brzmi w pełni mocy i prawdy. Niezwykłe jest to, że tak wielu Irańczyków stało się w Austrii uczniami Chrystusa, że trzeba było pomóc im założyć irański kościół w Wiedniu, prowadząc studium biblijne i grupy domowe, kształcąc irańskich liderów i pastorów. To był projekt również prowadzony przez „Oazę” w czasie mojego tam pobytu. Teraz kościół irańskich wierzących w Austrii działa prężnie i wzrasta w siłę. Bóg zaplanował wspaniałą alternatywę dla takiego kościoła, który w Iranie miałby marne szanse na przeżycie!
W podobny sposób powstają nowe społeczności wierzących z różnych krajów w Austrii – najpierw „Oaza”, potem dalszy rozwój już na zewnątrz – jeśli zostanie przyznany azyl w Austrii. Jeśli nie – tacy nowi wierzący wracają czasem do swojego kraju, już tam angażując się w założenie społeczności chrześcijańskiej lub po prostu w czystą ewangelizację rodaków.
Podczas mojej służby miałam okazję być tłumaczem z rosyjskiego i na rosyjski – i to zarówno z angielskiego jak i z niemieckiego. Bardzo wyczerpująca umysłowo praca, ale też niesamowicie ciekawa i fascynująca. Pomagałam w spotkaniach wszelkiego rodzaju, a potem ograniczyłam się do spotkań dla kobiet, ewangelizacji i spotkań modlitewnych. Miałam okazję również uczyć uchodźców angielskiego (bardzo ciekawie uczyło się Ormian, którzy są inteligentni i zdolni) przy pomocy języka rosyjskiego :-) Zaprzyjaźniłam się również z pewną starszą Ormianką, która po latach stała się dla mnie jak najbliższa rodzina! Była ona prześladowana przez własnego syna, co odbiło się bardzo na jej zdrowiu emocjonalnym i psychicznym, ale po jakimś czasie modlitw i starań ulepszenia jej życia, można było dostrzec wielką zmianę na lepsze. Jako Ormianka, była nominalną chrześcijanką prawosławną bez głębszej znajomości Boga. Dopiero w „Oazie” spotkała Jezusa i narodziła się na nowo. Jej rany na sercu i duszy zostały zupełnie uzdrowione. Walka o zapewnienie jej godnego życia w Austrii trwała długo, ale Bóg dał ostateczne zwycięstwo poprzez możliwość przyznania wizy humanitarnej. Teraz jest spokojna i nie boi się, że będzie musiała wrócić do ojczyzny, z której musiała uciekać, aby chronić życie. Diabeł chciał zniszczyć tą mądrą i dobrą kobietę, a Bóg miał cudowny plan ratunku.
Mogłabym opowiadać wiele historii ludzi, którzy znaleźli duchowe i emocjonalne wytchnienie w progach „Oazy”. Było ich tysiące. Większość z nich oddała życie Bogu i spotkali się również z prześladowaniem z tego powodu już w samym obozie. Niektórzy tej decyzji nie podjęli, ale to, co usłyszeli zostanie w nich i będzie działać w ich sercach i umysłach. Dla mnie praca wśród uchodźców była i jest jednym z najpiękniejszych okresów mojego życia. Nie tylko dawałam, ale byłam obdarowywana – zaufaniem, uśmiechem, wdzięcznością i miłością. Uczyłam się od ludzi innych kultur innego spojrzenia na wiele spraw, uczyłam się ciągle nowej wdzięczności za to, co miałam i czym mogłam służyć. Uczyłam się cierpliwości, wyrozumiałości i coraz większej miłości dla ludzi z najróżniejszych dróg życia. Nie da się tego doświadczenia z niczym porównać – oglądanie ciągle nowych ludzi przychodzących do Bożego Królestwa jest piękne i najpiękniejsze, co można sobie wyobrazić.I mam nadzieję, że kiedyś w Niebie, widząc wielki tłum uwielbiający Boga, będę mogła te wszystkie twarze rozpoznać i cichutko powiedzieć „znamy się z Oazy, prawda?” i przytulić braci i siostry z wielu narodów. Tak wyobrażam sobie Niebo.
Autorka: Beata Matłoka Goleniewska, zaangażowana w służbę misyjną od 1994 r. Szkolenia misyjne i wieloletnia współpraca z organizacją „Youth with a Mission” („ Młodzież z Misją”) w Krakowie, Austrii, Australii, Indiach, Belgii i Czeskiej Republice. Od 2005 służba wśród uchodźców w chrześcijańskiej organizacji misyjnej „International Teams” w Austrii. Wolontariusz w Radiu Chrześcijanin.


